Historyjkę tę zasłyszałem od Tomka - głogowianina poznanego poprzez innego miłośnika miasta i tak zaczęła się wymiana zasłyszanych przypadkiem informacji o tajemniczej przeszłości Głogowa...
- Mój dziadek był konserwatorem w głogowskim muzeum -zaczął.
- Nie wiem, czy widziałeś tę metalową bramę wejściową od drugiej strony - to jego dzieło, sam ją wykonał. Opowiadał, że jeszcze w latach '50 wchodził z jakąś komisją wojskową do podziemi i co jest interesujące - zejście do nich miało znajdować się w fosie Zamku Głogowskiego! Była tam jakaś klapa w ziemi, wszyscy myśleli, że kanalizacyjna. Nie wspominał o tym kto pierwszy dokonał odkrycia, ale jak opowiadał: doszło jednak do penetracji. Tak więc było z nim kilka osób. Niesamowity jest fakt, iż zeszli -jak im się wydawało- kilka pięter niżej kręconą, wąską klatką schodową. Znalezli się w olbrzymiej komorze - wręcz hali, gdzie na ścianach po obu stronach pomieszczenia zauważyli wystające haki, na których widniały ponabijane... ludzkie czaszki! Nie głowy, bo jak mówił nie było nawet resztek, śladów po skórze czy włosach; czyściutkie, białe kości. W pomieszczeniu nie było niczego interesującego - mam na myśli przedwojenne przedmioty czy broń; może dawniej służyło jako skład, piwnica, nie wiem. I tu nie koniec niespodzianek, gdyż przeżyli mały szok po raz kolejny: przy końcu sali światła latarek natrafiły na gigantyczne, metalowe wrota zamykane na masywną, żelazną sztabę! Żaden z exploratorów nie odważył się zajrzeć poza przejscie, może obawiali się pułapek, zalania? Wiesz ile krąży po mieście opowieści o przejściu pod Odrą. Podobno dosłownie cała brama pokryta była odpadającą płatami warstwą rdzy, odchodzącą jak spalona skóra od ciała.
- A jeśli to było właśnie TO!? Cholera, że nikt o tym wcześniej nie słyszał. Poza tym wygląda na to, że już wtedy pomieszczeni było bardzo zawilgocone, kto wie jaki stan przedstawia się na dzień dzisiejszy - jeśli oczywiście wszystko okazałoby się prawdą. Może dałoby się załatwić jakieś zorganizowane zejście... już widzę zgodę niektórych instytucji... Ach, marzenia... -westchnąłem.
- Dokładnie. Nie wiem nic poza tym, co ci przedstawiłem, a tę historię usłyszałem od babki. Kto wie, czy czegoś nie pomyliła.Dziadek zmarł w zeszłym roku. Wiesz, wtedy nie interesowałem się jeszcze Głogowem tak jak teraz... Raczej wątpliwe, żeby zachowały się jakieś zdjęcia, papiery, cokolwiek.

No proszę... oto kolejna zagadka czekająca na jej rozwiązanie. Bzdurna bajka zaprzątająca umysły amatorów-poszukiwaczy, czy może coś poważniejszego? Klucz do kilku niewyjaśnionych kwestii historycznych? Zaznaczę raz jeszcze: nie wiem jak odnosić się do tego typu rewelacji - z jednej strony moja średniowieczna (tzn. w średnim wieku!) dusza odkrywcy wciąż pełna energii - z drugiej zaś racjonalne i logiczne podejście do tematu. Nie ma możliwości, aby zasłyszana relacja przekazana była ze 100% dokładnościa! Zawsze bajarz dodaje jakąś cząstkę od siebie, kolejny usunie zdanie, natomiast następny doda ich kilka, aż ostatecznie zakopany naprędce słoik z rodzinnymi fotografiami urośnie do rangi skrzyni z antycznymi monetami... i tak właśnie wartościowe texty stają się z każdym kolejnym świadkiem i przekazem coraz mniej wiarygodne.
Czasem zapamiętujemy opowieści zapominając o ich autorach, a może tworzymy je -chociażby częściowo- sami? Czyżby stanowiły zlepek marzeń sennych, fragmentów książek, krótkich spotów informacyjnych czy wreszcie filmów przygodowych, którymi raczy nas kino?
W każdym z nas tkwi dusza odkrywcy; większość marzyła o skarbach, ale czy ich znalazca byłby szczęśiwy? Oczywiście, głupie pytanie! Radość bez granic jednakże.... na krótką metę, albowiem "cała zabawa polega na tym, aby gonić króliczka, ale go nie złapać" :) Przeczytałem kiedyś w pewnym czasopiśmie krótki text dotyczący znalezisk właśnie; do dziś pamiętam jedno zdanie, którego nie da się zapomnieć, a brzmiało ono mniej więcej następująco:
"Poszukiwacze dzielą się na 2 grupy: pechowców i szczęśliwców; pechowcy to tacy, którzy znalezli i zostało im to udowodnione, a ci drudzy... ciągle szukają." Staram się zapisywać owe "plotki", bo czyż nie wpisują się już w historię miasta, regionu? Przekazywane od dziesiątek lat raczej wyłącznie w formie ustnej stanowią tzw. "ubran legends", czyli legendy miejskie: "Z pozoru prawdopodobne informacje rozpowszechniane w mediach, Internecie bądź w kręgach towarzyskich, które budzę wielkie emocje u odbiorców" - musiałem wesprzeć się Wikipedią, hahaha. Co prawda nie są mrożącymi krew w aorcie opowieściami grozy o Kościotrupie Hansie Martwym SS-manie czyhającym na polskie dziewice, aczkolwiek... Apeluję do tych, którzy zetknęli się bezpośrednio z "bajarzami", może sami mając osobiste doświadczenia w tym temacie: notujcie wszystko, nawet jeśli wydaje się to na pierwszy rzut oka (a dokładnie rzecz ujmując: ucha) bzdurne i nieprowdopodobne! Jeżeli po latach traficie na podobne story - zawsze istnieje możliwość porównania relacji, wykluczenia bzdur, być może traficie na częsciowe potwierdzenie danej historii; życzę także wszystkim zainteresowanym skonfrontowania tego typu plotek z bezpośrednim świadkiem opisywanych zdarzeń, osobą która stworzyła krążący po świecie tekst - po latach stanowi to wielką frajdę i niesamowitę sprawę!

Właśnie coś mi świta. Będzie to chyba adekwatny przykład na jeden z powyższych wywodów. Kolejna opowieść związana z tajemniczym obiektem podziemnym -odkrytym przeze mnie zupełnie przypadkowo- ujrzy za chwil kilka światło dzienne!
Otóż razu pewnego trafiłem na stawik. Nic specjalnego; nawet niezbyt głęboki, aczkolwiek otoczony skarpami dosłownie z każdej ze stron - prawdopdobnie stanowił punkt wydobycia gliny, później był już pokaźnych rozmiarów dołkiem, następnie większą kałużą, aż zamienił się w średniej wielkości skupisko wody z pewną ilością ryb, zasilanej niewielkim źródełkiem. Przejdę może do rzeczy: równolegle do stawu przebiega uliczka, pod nia znajduje się jeszcze poniemiecki przesmyk dla odpływającego ze stawu nadmiaru wody. Postanowiłem zejść ze skarpy z zamiarem sfotografowania go. Po prostu zawsze ciekawią mnie i w jakiś sposób przyciągają trudno dostępne miejsca.
Typowa cegła, budowla łukowa, nietknięta przez wydarzenia wojenne, wody po kostki. Pamiętam jakby to było wczoraj: po drugiej stronie ulicy dało się zauważyć gigantycznę kupę śmieci wszelkiego rodzaju: od taboretów, portfeli, biustonoszy do kaset VHS włącznie. Obok znajduję się do dziś ciekawy obiekt - gruba pokrywa ziemi spoczywa półkolistym stropie składającym się z wielu warst cegieł, aczkolwiek dużo większych od obecnie stosowanych do budowy . Wówczas obiekt zamaskowany był powalonymi drzewami, konarami oraz porastającymi wszystko chwastami; obecnie stał się już nieco bardziej widoczny, lecz cały czas wystawiony na działanie czynników atmosferycznych, toteż co roku odpada kolejna warstwa zasypująca domniemane "wejście do podziemi". Naturalny sposób na utrudnienie życia poszukiwaczom! Opowiedziałem o swym odkryciu znajomemu, a ten jakiś czas potem "wali prosto z mostu": dowiedział się od dziadka, iż mój ceglany, tajemniczy twór rąk ludzkich jest wylotem tunelu odprowadzającego zaniczyszczenia z... tzw. rakarni znajdującej się jakiś kilometr dalej! Co prawda jest tu niewielki spadek terenu, tak że kanały zbierają nadmiar wody z pól, ale czy komuś chciałoby się przekopywać pod ulicą, zabudowaniami, nasypami kolejowymi budując zakryty na całej długości podziemny tunel z wylotem o średnicy mieszczącej z łatwością stojącego człowieka (który bynajmniej do Pigmejów nie należy)??? Tak czy inaczej historyjka wędrował a z ust do ust, trafiając w krótkim czasie na odpowiedni grunt, czyli do człowieka zamieszkującego wspomnianą już wioskę przed jej wyburzeniem (co zresztą podyktowane było swierdzeniem: "Zbyt blisko Huty, za duże zanieczyszczenie środowiska"). Podczas krótkiej wymiany zdań okazało się, iż nasz tunel stanowił przejście nad strumykiem (mostek), a sam miał szerokość może 2 metrów! Pojawiły się także wcześniej hipotezy nastepujące: stara piwnica, pozostałośc po młynie, schron 1-o wojenny...
Tak więc powyższy przykład najlepiej obrazuje konfrontację mitów z faktami. Przynajmniej oszczędziło mi to kopania.

Kolejny przekaz zasłyszany od wspomnianego już Tomka; kompletnie o nim zapomniałem, a myślę, iż wart jest przedstawienia. O wsi Rapocin (Rabsen) pisałem już we wcześniejszym opracowaniu. Otóż wujaszek znajomego pracował jako operator koparki w latach '80, a tak się złożyło, że owego słonecznego dnia pogłębiał przykościelny staw. Nagle zęby łyżki zahaczyły o coś. Koparka uniosła się lekko przechylając niebezpiecznie na bok. To, co było w stawie ważyło co najmniej kilkaset kilo, toteż zaskoczony pracownik powiadomił natychmiast kierownika wyjaśniając dręczący go problem. Po odpowiednim zbadaniu sprawy i opracowaniu planu brygada zaczęła wydobycie. Koparka sprężałą się. Jej silnik osiągał maksymalną moc, a łyżka z mozołem zaczęła wydobywać ze zbiornika... drzewa! Pozbawione kory oraz gałęzi olbrzymie, długie pale ułożone były jeden przy drugim tak, że zakrywały niemalże całą powierzchnię stawu. Dlaczego nie wypłynęły wcześniej? Czy były czymś obciążone? Tego niestety nie dowiedziałem się. Ruszyli następnie muł poniżej, gdyż podejrzany wydał im się fakt ukrycia drewna, prawdopdobnie przez opuszczających wieś mieszkańców, aczkolwiek w pobliżu już wtedy znajdowało sie wiele drzew nadających się na opał lub na surowiec budowlany. Przeczucie ich jednak nie myliło: między wybieranym mułem i kamieniami powoli wyłaniały się m.in. dość duże, drewniane skrzynie..... Po odbicie wieka jednej z nich oczom ukazały się karabiny i to w takim stanie, jakby zostały zatopione zaledwie kilka miesięcy wcześniej! Osuszyć, załadować i strzelać! Kolejne zaś, małe skrzynki metalowe zawierały już wyłącznie amunicję - naboje mauserowski jak wynikało to z relacji świadka tamtych zdarzeń. To dopiero arsenał , aczkolwiek nielegalny! Niestety, a może stety - niemal natychmiast powiadomiono odpowiednie władze oraz podległe im służby, które po zapakowaniu wszystkiego na specjalnie do tego celu przeznaczone pojazdy -oznaczone napisami w stylu "PATROL SAPERSKI"- udały się następnie w nikomu nieznanym kierunku. Prawdopodobne cała zawartość magazynu/schowka wraz z materiałami wybuchowymi powędrowała do głębokiego dołu , a już po chwili po niecodziennym znalezisko zostały wyłącznie poskręcane, nadtopione metalowe fragmenty, nad którymi unosiła się grzybopodobna, ciemna chmura.

Tak właśnie wygląda moje miasto - 60 lat po wojnie wciąż pełne tajemnic, śmierci oraz niespodzianek, które tkwią pod naszymi stopami. Nigdy nie wiadomo w jakich warunkach wpadnie w ucho kolejna zastanawiająca relacja, mogąca wnieść sporo "zamieszania" wśród regionalnych badaczy przeszłości. Może ktoś natrafi na zapiski dziadka porządkując szufladę, inny zakupi na giełdzie pisany gotykiem list, a po latach zabierze się za jego mozolne tłumaczenie ...i w końcu niektóre miejskie legendy powoli będą przeradzały się w potwierdzone wydarzenia.
Yedyny


Większość opisanych sytuacji nigdy nie miała miejsca i stanowią jedynie fantazję autora.







Copyright@2009 Głogów, Łukasz Jedynak     Wszelkie prawa zastrzeżone!