Zasłyszano już tyle historii, że nie wiadomo co było i jest prawdą. Nie da się wszystkiego zweryfikować. Bezpośredni świadkowie-obserwatorzy przeważnie nie żyją, a ci, ktorzy zachowali informacje zazwyczaj po latach mimowolnie przeinaczają fakty dodając coś od siebie, czasem upiekszając, aby bardziej rozbudzić wyobraźnię i zainteresować potecjalnego słuchacza. Na szczęście wiele osób nie poprzestaje na wysłuchaniu historii. Zadają dodatkowe, często podchwytliwe pytania, aby dowiedzieć się ciut więcej. Drążą... Niektórzy porównują zeznania naocznych świadków z zapiskami zawartymi czasem w prywatnej korespondencji.

Każda wioska posiada czołg w jeziorze, niektórzy tubylcy potrafią nawet (przy odrobinie dobrej woli) wskazać owe miejsce . Przez połowę wiosek w Polsce pod koniec wojny przejeżdżał też konwój ciężarówek, a zawsze czujni i niebezpieczni żołnierze SS wychylając się z szeferek strzelali w okna chat, aby niepowołane osoby nie śledziły ich trasy.... Tia..... Słyszałem także historie o transporterach z więźniami, którzy wjechali w las, ale już z niego nie wyjechali. Na ciężarówkach miały być także skrzynie: auta oczywiście wracały do baz rozładowane. Kto wie jak bardzo te "short stories" zgodne są z faktami...
Spotkałem się z ciekawym przekazem ustnym odnośnie mojego regionu, mianowicie pod koniec wojny Niemcy zjawili się w pewnej wsi z grupą więźniarek. Skąpo ubrane, wychudzone kobiety z chustami na głowach otrzymały łopaty. Sami żołnierze zaczęli pośpiesznie przeglądać mapy wydając przy tym rozkazy. Kobiety zaczęły wykopywać przewody - druty służące do komunikacji między budynkami militarnymi. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż cały Vaterland cierpiał na kryzys w metalurgii, ale żeby robić coś takiego? Ile ważyłyby takie kable? 100 kg? 200? Jest jeszcze inna możiwość, mianowicie nie wszystkie bunkroschrony w obszarze np. Oderstellung (Pozycja Œrodkowej Odry) były wykorzystywane do walki - mogły równie dobrze służyć za skrytki, magazyny, prowizoryczne szpitale polowe. Przy okazji - rozmawiałem w roku 2007 na ten temat z moim sąsiadem, który urodził się i wychował niedaleko Bytomia Odrzańskiego. Opowiadział, że kiedy był dzieckiem biegali od bunkra do bunkra, a były to czasy, kiedy w TV królowali "4 Pancerni i Pies" czy nasz dzielny, krajowy Kapitan Kloss, toteż dzieciaki bawiły się w wojne. Trafili w pewnym momencie na częściowo zasypany bunkier, a co może zrobić w takim wypadku grupka wynudzonych, wiejskich dzieci? Dokładnie - zabrały się za wykopki... odkrywając przy okazji magazyn broni oraz amunicji. Co mnie w tej całej historii zastanawiało - trafili na typowy skład drugowojenny, lecz były tam także bardzo stare i rzadkie pistolety skałkowe! Dalej historia potoczyła się jak z "Podręcznika Pechowego Poszukiwacza": milicja, pytania, lanie, pistolety powędrowały do Odry. Niestety - naoczny świadek tego zdarzenia nie jest w stanie przypomnieć sobie miejsca zrzutu, zresztą po 50 latach nie ma się co dziwić... zaskakujące, jak miejsca zmieniają swój dawny wygląd: tu nowe drzewo, tam wykoszona trawa, każda wysepka jest niemalże identyczna. Brak punktów odniesienia skutecznie uniemożliwia późniejszą lokalizajcję.
Odbiegłem nieco od moich wykopywanych kabli, więc: coś mi w tej historii nie pasowało, ale... po jakimś czasie spotkałem miłośnika regionalnej historii, któremu opowiedziałem zasłyszaną opowiastkę (bo tak je zazwyczaj traktowałem). Tan zamyślił się i stwierdził, że może być, a nawet JEST prawdziwa według niego, bo: jego znajomy jeździł często w teren poszukując meteorytów. Podczas jednej z wyprawa wykrywacz metali wył niemiłosiernie, więc stwierdził z wielkim prawdopodobieństwem, iż trafił na gigantyczną, kosmiczną bryłę metalu, która spadła -być może- nawet tysiące lat temu! Wspomnę tylko, iż GRAM meteorytu kosztować może nawet kilkadziesiąt złotych, więc nic dziwnego, że gość zaczął gorączkowo rozgrzebywać ziemię w nadziei na trafienie życia. Jakież było jego rozczarowanie, gdy zamiast "góry złota" zaczął powoli ukazywać się drewniany, gigantyczny walec z nawiniętym nań drutem! Czar prysł, a zdruzgotany porażką explorator postanowił dać sobie spokój tego dnia z wykopkami. Zwój pozostał w dole, przysypany ponownie. Być może czeka na kolejnego poszukiwacza, któremu dokładnie w tym samym miejscu jakiegoś słonecznego dnia mocniej zabije serce. Historia lubi się powtarzać, prawda? Czy wykopując przewody Niemcy chcieli uniemożliwić namierzanie wybranych obiektów? Bardzo prawdopdobne. Byłbym wdzięczny, gdyby mnie ktoś oświecił w tym temacie.

Wieś Jelenin, województwo prawdopodobnie.. lubuskie - jakoś nie mam dziś ochoty na gorączkowe potwierdzanie danych. Miałem wtedy chyba 17 lat. Wyjechaliśmy z rodziną na wykopki do siostry mojej babki, mającej bodajrze lat 90. Staruszka trzyma się bardzo dobrze, od czasu do czasu łyknie sobie kieliszek domowego winka, czasem z dziadkiem "obalą" coś mocniejszego. Okazja zawsze się znajdzie, szczególnie poza miastem - przy jednej z nich percepcja ciotki uległa nieznacznemu pogorszeniu, jednakże zaczęła wspominać, czym bardzo porawiła moje samopoczucie, a że akurat spędzaliśmy ten wieczór na powietrzu przy pękającymi od zajmującego je ognia polanami - atmosfera i okoliczności wręcz błagały o takie tematy!
- Jak tu w 1945 roku przyjechaliśmy, to było więcej domów. Teraz dużo jest rozebranych, stare drzewa też powycinali. Wiecie jak to jest: wyrzuca się śmieci po wcześniejszych gospodarzach, sprawdza co pozostawili, które narzędzia nadają się do pracy, jakie trzeba kupić. Najpierw sprawdza się pokoje, potem strych, do piwnicy wogóle nie wchodziliśmy, ale po kilku dniach coś zaczęło okropnie śmierdzieć. Mówie staremu: "Idź zobacz. Może jaki kot albo pies wlazł i zdechł?". No to stary poszedł, ale jeszcze szybciej wrócił i od razu zwymiotował! W piwnicy wisiała stara Niemka. Powiesiła się na sznurze przerzuconym przez belki. Bała się pewnie ruskich, co by jej nie zgwałciły albo zabiły, a była za stara żeby opuszczać dom i wioskę. Odcięliśmy ją i pochowaliśmy w ogrodzie.
- Tu leży, za oknem? -zapytałem wystraszony i jednoczesnie podekscytowany.
- Tam, w rogu. Œciągnęliśmy jej tylko złoty pierścionek, ale ciężko schodził, bo już miała nabrzmiałe palce. Ale później się zaczęło! W ciągu dnia cicho, ale jak nadchodziła noc - wszystko się trzęsło! Szyby i lusterka same pękały, ktoś chodził po schodach stukając obcasami. Strach... Już myśleliśmy o przeprowadce, bo Niemka nam spokoju nie dawała. Poszliśmy na plebanię porozmawiać z księdzem; ten przyszedł, posłuchał i mówi, że on tu żadnych sił nadprzyrodzonych nie widzi i nic nie poradzi. I tak żyliśmy z tym duchem kilka tygodni. Potem się nawet przyzwyczailiśmy, ale żaden pies w tym czasie nie wchodził do domu, a koty omijały piwnicę z daleka. Na strychu przynajmnije raz w tygodniu znajdywaliśmy martwe ptaki. Nie gniły, po prostu umierały i usychały na pieprz. To było najdziwniejsze.
Popatrzyłem na dom, który zaczął mnie powoli przerażać. Mój wujek już nie żył, a jak dowiedziałem się wcześniej, iż miałem spać w jego dawnym pokoju; co tam pokoju - łóżku! Miejscu, w którym dokonał żywota! Za dużo wrażeń jak na jeden wieczór, postanowiłem więc przeciągać jak najdłużej kolację przy ognisku.
- Pewnego dnia przyjechała rodzina tej babki, ale przyjechali z niemieckim księdzem, co nas zdziwiło. Zdaje się, że nie mieli pojęcia o jej śmierci, może miała listy do nich wysyłać, a że nie dochodziły - zaczęli coś podejrzewać? Nie wiem, w każdym bądź razie pokazaliśmy gdzie leży, bo mówili troche po polsku - powiedzieliśmy co i jak; nawet jej nie wykopywali. Ksiądz pomodlił się, pokropił dom, rodzina podziękowała. Dawali jakieś pieniądze, ale my ją przecież pochowaliśmy nie dla pieniędzy. To zwykły człowiek był przecież. No i pojechali.
- To powiedzeliście im, że coś zaczęło straszyć? Bo po co poświęcili dom?
- A nikt im nic o tym duchu nie mówił! I od tego ich wyjazdu był już spokój, niewidzialna mieszkanka odeszła z dawnego domu, może zabrali ją ze sobą?

Wspomniana ciotka to jedna z trzech żyjących sióstr mojej babki. Wszystkie z nich pamiętają wojnę. Mam jakąś długowieczną rodzinę na szczęście! Zajmowałem się dawniej genealogią, stworzyłem też drzewo rodzinne, ale utknąłem w pewnym momencie na pra(-pra-)dziadku, który z bratem służył u Cara. W tym momencie przypomina mi się stara, rodzinna historyjka... Otóż babka mieszkała w nieistniejącej już wsi Jeziórko. Jej historia dotyczyła już czasu po wojnie, którą na szczęście przeżyłą wraz z niemalże całą rodziną, jedynie jej brat zginął w Oświęcimiu.
- Było u nas pole, nieużytek we wsi. Ludzie bali się uprawiać, bo otoczone było drutem kolczastym i chyba były tam jeszcze miny, więc gospodarze zostawili ten kawałek w spokoju. Gdzieś usłyszałam, że tam dużo wojska zginęło i żeby uważać, bo tam w nocy straszy. Kiedyś wracałam z potańcówki, miałam jakies 2 km do domu. I myślę sobie: "Zrobię skrót, bo to z 500 m bliżej by było". Stanęłam przy tym polu, rozglądam się, ale niczgeo nie było widać; księżyc bardzo ładnie oświetlał okolicę. "Bezpiecznie" -pomyślałam i dałam krok naprzód.... "Aaaaaaa, jezus, puśćcie mnie"! Zaczęłam krzyczeć, bo coś złapało mnie za włosy i rękaw sukienki i nie chciało puścić! "Hitlerowiec!" myślę sobie i nie przestaję się wyrywać! Walczę, krzyczę, w końcu puściło! Ja biegiem i z płaczem zapieprzam przez to pole, bo już stwierdziłam, że lepiej na skróty biec, bo może być jeszcze gorzej. Oglądam się za siebie - nic nie goni, niczego nie widać. Wpadam do domu, matka z ojcem patrzą jak na jakiegoś kocmoucha! Zapłakana, cała brudna, rozczochrana... jak się uspokoiłam, to powiedziałam co i jak. Nie chcieli po nocy chodzić, ale postanowili sprawdzić miejsce następnego dnia. Ledwo spałam wtedy, pamiętam że nie gasili lampy naftowej.
Tak więc rano z całą rodziną wybrałam się w nawiedzone miejsce. Zaprowadziłam ich dokłądnie tam, gdzie coś chciało mnie zabić, a ci przyglądają się, coś tam szepczą między sobą... nagle parskają śmiechem! Siostry mało się nie powywracały, ojciec aż nie mógł powietrza złapać: na drucie kolczastym widać było pukiel włosów i resztki mojej pięknej sukienki! Przynajmniej od tego czasu byłam odważniejsza i zawsze już chodziłam na skróty przez "nawiedzone pole". Widzisz teraz do czego może doprowadzić zbyt wybujała wyobraźnia...
Wieś Jeziórko obecnie nie istnieje, gdyż na jej terenie powstała kopalnia siarki. Mieszkańców wysiedlono, zniszczono zabytki architektury i przygotowano teren pod przyszłe zabudowania w postaci hal, magazynów, parkingów; najczęstszy widok to hektary podziurawionej ziemi, natomiast ostatni dom zburzono w 1995 roku.

Jeśli chodzi o wykopki "na ślepo", to najlepiej wspominam czas budowy oczyszczalni ścieków na terenie miasta - niedaleko ulicy Krochmalnej. To było miejsce! Dowiedziałem się owego czasu z jakiejś głogowskiej gazety, iż miejsce nawiedzają całe rzesze "turystów" z terenu Wrocławia, Legnicy czy Poznania. Przyciągane artykułami rodziny urządzały sobie swoiste weekendowe pielgrzymki.
Stare butle z niemieckimi napisami to podstawa. Kiedy znajdujesz pierwsze pięć myślisz sobie: "To mój szczęśliwy dzień!"; samopoczucie jest niesamowicie dobre! Kiedy trafiasz na kolejną partię - można wyjść z ciała z radości, szczególnie gdy fanty różnią się między sobą, trafiasz na tzw. "kolekcjonerskie odmiany", lecz gdy na światło dzienne wyłaniają się spod ziemi kolejne - cała zabawa zaczyna być powoli nużącą harówką... Miejsce budowy wspomnianej oczyszczalni okazało się starym, przedwojennym śmietniskiem. Nie muszę chyba wyjaśniać, co tam można było znaleźć. Powiem krótko: WSZYSTKO! Od grzebieni z nazwami zakładów fryzjerskich czy producentów, poprzez szczoteczki do zębów i sztućce misternie wykonane jeszcze z kości (jakiej? nie mam pojęcia, na pewno nie słoniowej) i kufle z płaskorzeźbami przedstawiającymi przeróżne sceny, zarówno bajkowe jak i społeczne, fragmenty lalek, filiżanki, aż po emaliowane szyldy z nazwami zakładów głogowskich, a dokładniej rzecz ujmując: glogau'erowskich. No dosłownie wszystko - raj dla poszukiwaczy, głównie birofilów, a zważywsyz na fakt, iż nikt nikogo z miejsca wysypywania ziemi przemieszanej z przedmiotami nie wypraszał.... Ech, "gdzie te czasy, co minęły". Istna kopalnia. Oczywiście mnie również nie mogło tam zabraknąć: zbierałem małe aptekarskie buteleczki, głównie bez gwintu i napisów. Otrzymałem zamówienia od pewnego artysty, który upiększał je farbami akrylowymi i takie kombinacje retro-novus sprzedawał. Dzięki temu mogłem pozwolić sobie na m.in. wakacyjne wyjazdy. Fortuny się na tym nie zbijało, ale wolałem połączenie pracy z przyjemnym oraz jednocześnie coraz bardziej wciągającym hobby, niż monotonne oraz wielogodzinne zbieranie truskawek czy malin. Tak to przyjemnie upływało życie nastolatka. Na miejscu zjawialiśmy się codziennie przez 2-3 tygodnie; czasem starzy bywalcy znikali, lecz niemalże od razu ich miejsce zajmowali nowi kopacze, z których każdy próbował wypytać co ciekawego można wygrzebać, gdzie najlepiej kopać. Na weekendy wszyscy schodzili z hałd do gigantycznego wykopu (gdyż wówczas na miejscu budowy pozostawał jedynie stróż o łagodnym usposobieniu) o głębokości dochodzącej do 3 metrów. Tam wystarczało niekiedy wyciągnąć dłoń -czasem użyć patyka- aby wygrzebać ze ścianki interesujący oraz będący w zasięgu wzroku przedmiot. Było też wiele ołowianych żołnierzyków nieznacznie uszkodzonych, które następnie wymieniano na PRL'owskie plastiki, przeważnie w stosunku 1:10, trafiało się też mnóstwo monet, aczkolwiek niemal wyłącznie pfennigów (odpowiedników obecnych groszy), rzadziej srebrne marki. Kilku szczęśliwców wróciło do domu ze złotymi, herbowymi sygnetami, które.... zostały wymieniane na stosy komiksów z Tytusem, Romkiem i A'tomkiem lub Kapitanem Żbikiem.






Lekko skorodowane odznaczenia niemieckie wychodziły zazwyczaj kompletami; sprzedawało je się potem kolekcjonerom lub wymieniało na klamry do pasa, które wyglądały jakby dopiero opuściły fabryki. Później okazywały się -niestety- tanimi podróbkami, lecz kto wtedy zbierałby zniszczone odznaczenia, jeśli dostępne były nowiutkie, lśniące i pachnące świeżością?
"Kopalnia" szybko została zamknieta, gdyż budowa oczyszczalni ścieków została zakończona. Miejsce opustoszało, ale dam głowę, że kiedy tylko ruszą nowe inwestycje w tym miejscu - wyruszą tam tabuny pielgrzymek. Ja będę szedł na czele pochodu ;)
Yedyny


Większość opisanych sytuacji nigdy nie miała miejsca i stanowią jedynie fantazję autora.







Copyright 2009 @ "FOTOGRAFIKA"     ul. Garncarska 24     67-200 Głogów     Wszelkie prawa zastrzeżone!