Wszystko zaczęło się od Starego Miasta. Jako dzieciak biegałem po gruzach - pozostałościach okazałego niegdyś Glogau, które w 1945 zamieniono w jedną wielką ruine przesiąkniętą cuchnącymi trupami. Nie da się ukryć, że twierdza płonęła. Ogień zapruszyły wojska radzieckie, które z pobliskiego wzgórza Bismarck'a ostrzeliwały miasto, użwając przy tym amunicji... niemieckiej - tzw "zdobycznej"! Ironia losu. Wiele lat potem trafiało sie na kilkunasto centymetrowe rulony monet zlepionych ze sobą pod wpływem temperatury. Tak więc moje grzebanie patykiem w hałdach ziemii i cegieł było pierwszą próbą exploracji. A wyciągało się prawdziwe "skarby" - oczywiście w oczach dziecka. Pamietam, iż pewniego letniego poranka trafiliśmy z koleżkami na gruz wydobyty z piwnicy optyka; sztuczne gałki oczne, poskręcane oprawki okularów, setki stopionych soczewek i kamienna głowa, stanowiąca niegdyś wyposażenie zakładu... Cześć tych skarbów do dziś spoczywa prawdopodobnie w najciemniejszych zakątkach mojej piwnicy, inne jako "sekrety" znalazły się pod płytami chodnikowymi wraz z konikami polnymi i karaluchami. Porcelanowe gałki oczne powedrowały po latach do Włoch - kupił je pewien kolekcjoner za niełą sumkę. I znów zabawna sytuacja - nie przetrwały metalowe, masywne przedmioty, ale przez ponad 30 lat przeleżaly pod ziemią sztuczne, delikatne "oczy" - nie żeby były masywne jak popularne szklane kule - moje wewnątrz były puste, wręcz kruche!

Wyciągaliśmy także kawałki kości, lecz nikomu nie przychodziło wtedy na myśl, iż należały do "wyposażenia wewnętrznego" człowieka. Zawsze tlumaczyliśmy sobie, iż ktoś niedawno zakopał w pobliżu psa, a koparka naruszyła ziemię. Często -z braku narzędzi exploracyjnych w stylu patyków i kawałków rur- dłuższe kości używane były do kopania, co dziś wydaje się nieco makabryczne. Dzieciaki mają czasem niesamowite pomysły! Pojawiały się także broszki i kolczyki, tysiące porcelanowych fragmentów figurek, talerze z wyposażenia niemieckich kantyn wojskowych, sygnowane jeszcze datą 1940 i swastyką, filiżanki z nazwami przedwojennych restauracji jak np."Friedenstal Plantage". Wszystkie te fanty ukazywały się zależnie od miejsca poszukiwań, czyli przedwojennego wyposażenia sklepów oraz prowadzonej działalności.

I tak to sie kręciło.Co nie zostało uznane za niebezpieczne, a następnie wyrzucone przez rodziców - było wymieniane na puszki po piwach z napisem "original" (wtedy najbardziej poszukiwane), plastikowe żołnierzyki, komiksy z Kapitanem Żbikiem, czasem opakowania po czekoladach czy wreszcie popularne w latach '80 historyjki z gum "Donald". Handel kwitł. Fragmenty marmurowych rzeźb, okucia drzwi z wizerunkami greckich bogów, bardzo ciężkie orły ze swastykami, rzadko wychodziły z ziemi hełmy ze szpicami; razu pewnego odkopaliśmy nawet kilka szabli - prawdziwa skarbnica dla młodych poszukiwaczy. Szable, niestety, zostały "wymienione" na wielką torbę cukierków oraz innych bonusów. Nooo, nie do końca. Otóż: kiedy zmęczeni kilkugodzinnym, lecz tym razem jakże owocnym poszukiwaniem wracaliśmy do domów - urozmaicaliśmy sobie drogę szermierką. W pewnym momencie zaczepił nas starszy pan, któremu spodobały się nasze znaleziska; zaproponował handel wymienny: " Jak dacie mi te zniszczone szabelki, to wynagrodzę wam to cukierkami i nowymi zabawkami". Krótko i na temat. Tak więc zaskoczeni, a jednocześnie uradowani propozycją oddaliśmy "złom" oczekując jego powrotu. I czekaliśmy... I czekaliśmy..... A podobno mieszkał za rogiem. Obecnie nie pamietam już jak wyglądal, a koledzy -kiedy zbierze nam się na spomnienia po kilku głębszych- nie przypominają sobie nawet tego zdarzenia.


Innego dnia kolega natknął się na mały otwór prowadzący w głąb ziemi, jakąś wyrwę w podłodze zniszczonego domu. Było nas wtedy czworo, ale oczywiście nikt nie odważył się na wstępną penetrację. Ciemnośc prowokowała jednak oraz nawoływala, jednocześnie strach przed nieznanym jeżył włos na głowie. Kto wie, co kryło się w podziemiach - hitlerowiec, duch? Czym było tajemnicze pomieszczenie? poszukiwanym przez wielu przejściem pod rzeką Odrą? Nikt nie chciał ryzykowac zasypania. Wrócilismy jednakże dnia nastepnego; cudem zdobyłem zapałki, których nie chciano sprzedawać dzieciom. Inny koleżka przyniósł świeczki, następny słoiki. Zmontowalismy naprędce prowizoryczne latarki. Nie pamiętam, kto wsunął sił do otworu jako pierwszy, jednak po jego zapewnieniach o bezpieczenstwie i nieobecnych, aczkowliek wciąż żądnych krwi gestapowcach cała czwórka znalazła się w podziemnej komorze, z podłoga przysypaną nieco gruzem z powierzchni. Piwnica w kształcie litert "L" była dość duża. Na ścianach zachował się jeszcze wybiałkowany tynk, w mniejszym pomieszczeniu kolorowe kafelki odbijały blaski świec. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy były półki: od góry do dołu zastawione słoikami, butelkami z porcelanowymi korkami, zauważylismy też butle prawdopodobnie na wino; te posiadały jeszcze etykiety, jednakże w końcowym już stadium rozkładu. Wszystkie z nich pełne były "niemieckiej trucizny". Na innej półce stały wyłącznie puste butelki. Większość z nich miała wypukłe napisy w stylu "Berthold Glogau" lub "Gross Glogau". Żadna zawartość nie trafiła do naszych żołądkow, choć ciekawość kusiła. Po "komisyjnym" odkorkowaniu jednego z pojemników stwierdziliśmy, iż "to coś" wewnątrz capi ohydnie - magazyn został więc opróżniony, a cała jego zawartość posłużyła za cel w zabawie z kamieniami w roli głównej.

W piwnicy trafiliśmy także na stos starych albumów z etykietami winnymi (dwa z nich posiadam do dzisiaj) oraz ebonitowe skrzynki. Od razu uprzedzam, iż nie było tam żadnych ukrytych precjozów typu złoto czy diamenty. Było coś znacznie wartościowszego: klisze fotograficzne, duże i płaskie rolki filmowe, zdjęcia wykonywane na szkle. Historia mojego miasta od co najmniej 1900 roku!!! ...ale kto by sie tym wtedy interesowal? 10-o latek ma inne sprawy na głowie. Wytargaliśmy skrzynie na zewnątrz, wcześniej powiększając otwór, przez ktory przeciskaliśmy się z trudem. Szklane zdjęcia zostały w piwnicy, ponieważ baliśmy się skleczeń i zakażenia, a jeszcze bardziej szpitala oraz zastrzyków. Po raz kolejny z pomocą przyszły nam zapałki. Klisze bardzo fajnie "chajczyly" się, a za tymi rzucanymi w powietrze ciągnęła się długa, ciemna smuga, przysłaniająca niczym piekielny smok błekit nieba...... Dziś dopiero, po kilkudziesięciu latach, zdaję sobie sprawę z wagi naszego odkrycia, gdyż -o ile mi wiadomo- nawet w archiwach berlińskich nie zachowały sie żadne taśmy filmowe powiązane bezpośrednio z moim miastem, także ilość zdjęć jest ograniczona - na szczęście istnieje internet i tym samym szybki dostęp do olbrzymiej liczby widokówek, ale to nie to samo, niestety...
Nie wszystko (na szczęście!) spłonęło tamtego dnia: każdy z nas zachował coś dla siebie. Pamiętam jednego z exploratorów zbierającego porcelanowe korkow z niemieckimi napisami, inny wcisnął do kieszenie zgięte już w kilku miejscach duże, poziome zdjęcie, na którym widoczna była lokomotywa i panowie w melonikach dzierzący laseczki w dłoniach. Dookoła rozkopane, piaszczyste tereny, w dali robotnicy kładący tory. Początek budowy lini kolejowej? Być może. Zachowałem dla siebie zdjęcie z żołnierzami w pickelhaubach - kojarzyłem te szpiczaste hełmy w związku z wcześniejszymi znaleziskami dokonanymi na Starym Mieście. Do dziś posiadam tę fotografię jako pamiątke jednego z naszych wypadów; za każdym razem ogladając ją odbywam swoistą "podróż sentymentalną" do tamtych bezkarnych lat... Nawet teraz gdy piszę te słowa wpatruję się w wiszące na ścianie, oprawione zdjęcie z niemieckim napisem: "Reserve der 1. Komp. Niederschles. Pionier-Battl. No.5 Glogau 1902-1904". Teraz już wiem, co oznaczają tajemnicze wyrazy.
Później było inaczej; można by rzec - bardziej profesjonalnie, choć nadal bardzo amatorsko spoglądając na to z perspektywy lat.


Pierwszy wykrywacz metali kupiłem we Wrocławiu; kontaktowałem się w tej sprawie telefonicznie z Panem Wojtkiem z "Klubu Poszukiwaczy Skarbów" (program emitowany wówczas przez telewizję), od którego otrzymałem namiar na innego pana, który ów tajemniczy i przeznaczony wyłącznie dla wybrańcow sprzęt sprzedawał, być może nawet i produkował. Był to nowy PI (Pulse Induction - wykrywa i sygnalizuje obecność wszystkich metali), bardzo fajna rzecz dla początkującego poszukiwacza! Przynajmniej tak sądziłem na początku :)

Nie da się zapomnieć pierwszych wyjść w teren; to coś jak jazda na rowerze pamiętana do końca życia. Testowaliśmy go wspólnie z moim przyjacielem na wioskach, głównie przy drogach; ilość wykopanych kapsli, śrubek i drutów dziś już stanowiłaby wysoką, co najmniej metrową kupę nieprzydatnego nikomu złomu. 100% namiary na ukryte przez uciekających Niemców przedmioty spełzały na niczym, aczkolwiek często trafiałem na prostokątne otwory w ziemi, lokalizowane zazwyczaj pod najstarszymi i najbardziej okazałymi drzewami. Podczas jednego z wyjazdów spotkałem staruszka pchajacego wózek z drewnem, który po krótkiej rozmowie opowiedział jak to -jeszcze w latach '70- zjawiła się we wsi rodzinka Niemców; pokazywali mu fotografie pałacyku, po którym dziś już zostały wyłącznie zgliszcza, jakieś prywatne zdjęcia rodzinne, fotografie grupowe podczas polowania. Nie mogli się porozumieć - oni kilka słów po Polsku, on po niemiecku wyłącznie "nicht schießen - ja - nein - achtung minen". Wieczorem postawili pół litra, pożyczyli łopaty. Rano już ich nie było, a w parku przylegającym do pałacu zostały tylko duże doły; przy jednym z nich leżała złamana łopata, a za korę drzewa wetknięto 20 marek. Innym razem w tej samej okolicy ktoś podobno trafił na kankę ze zwiniętymi w rulon sztandarami. Zapomnieli o skrytce, czy nie przedstawiało to już żadnej wartości? A może schowek należal do kogoś innego, kto nigdy nie wróci w te rejony?

Ciekawostką jest fakt odkryty przeze mnie po latach - pałac -o którym była mowa- znajduje się we wsi Sobolice (Zobelwitz); przetrwał 1945 r. praktycznie w doskonałym stanie! Dziadek znajomego opowiadał, że kiedy Polacy zaczęli napływać na te ziemie - w budynku na stołach znajdowały się jeszcze obrusy, zastawa, ściany upiększały obrazy, a na strychu można było znaleźć także zbroje rycerskie. Wszystko zostało jednak szybko rozkradzione. Dalszy ciąg historii zabytku wygląda następująco: razu pewnego przyjechał sobie gospodarz, który zaczął wyciągać z wiekowych ścian cegły i kamienie, potrzebne prawdopodobnie do budowy stodoły. Pałacyk zaczął się powoli rozpadać, a co z niego zostało - uwieczniłem na fotografii wykonanej w zeszłym roku.
We wspomnianym już parku trafiłem jednak na coś interesującego! Były to 2 długie karabiny o lufie 6-8 kątnej (nie pamiętam dokładnie), bardzo ciężkie i zakładam, że pochodziły na pewno sprzed 1900 roku. Trafienie jako takie, spodziewałem się czegoś wartościowszego: złota i srebra. Wykopane fanty nie posiadały już elementow drewnianych, miały jakieś znaki wybijane przy spuście, grawerowane wzory, jakby herby; przypominały mi te używane przez Szwedow, do obsługi których używało się podtrzymujacych "widełek" z powodu ciężaru broni. Nie znałem się na tym dawniej i nawet obecnie militaria nie pociągają mnie raczej. Niestety - wówczaj jako nieletni- moim środkiem transportu był jedynie rower, a dodam, iż zapuściłem się owego dnia jakieś 30 km od mojego miasta! Na koniec obszukałem ponownie miejsce w odległości kilku metrów od wykopu, jednakże z ziemi wyszly jedynie ołowiane pociski, poza tym nic na co mógłbym zwrócić większą uwagę. Sonda wykrywacza miała tylko 20 cm średnicę, toteż jego zasięg był ograniczony. Zamaskowałem znalezisko liśćmi, odpaliłem swoją "turbo-rakietę-wigry-3" i pognałem do domu w celu szybkiego znalezienie transportu. Niestety - rodzice znajomych byli zbyt zmęczeni po powrocie z pracy oraz wpatrzeni w "Dziennik TV"; nie chcieli nawet słuchać o ruszeniu się z mieszkań, a co dopiero o wyjeździe z miasta... jednakże jeden z nich obiecał załatwić auto dnia następnego, zresztą wyraził zainteresowanie kupnem owych karabinów, czym jeszcze spotęgował radość mą ogromną!
Tak więc około południa znaleźliśmy się na miejscu; zabrałem wykrywacz w calu namierzenia ukrytych wcześniej fantów, gdybym dziwnym zrządzeniem losu nie trafił na ich lokalizację.









Skierowaliśmy się w kierunku miejsca znajdującego się jakieś 30 metrów od rzadko uczęszczanej drogi; las w owym miejscu był na szczęście rzadko obsadzony drzewami; podobno dawniej był parkiem z dość egzotycznym drzewostanem. Po chwili poznałem teren wcześniejszych poszukiwań, trafiłem także na mój wykop. Zacząłem pośpiesznie rozgarniać liście i odrzucać większe gałęzie, ale... po znalezisku nie było śladu! "Odpalilem" sprzęt... nie wierzylem, że ktoś mi to sprzatnął sprzed nosa! Minęło 15-20 minut. Sąsiad rozczarowany kierował się do auta, ja wciąż bez słowa penetrowałem okolicę. Nie wierzyłem!!! Po prostu nie wierzyłem i chciało mi się płakac - z powodu ludzkiego chamstwa, ale i mojej własnej głupoty.
Stwierdziłem też później w drodze poworotnej, iż wszystko zostało już wykopane, a sam -z moim genialnym planem szybkiego wzbogacenia się- spóźnilem się o jakieś 20-30 lat, wiec sprzetu poszukiwawczego szybko się pozbyłem. Bitwe przegrałem, jednakże wojna jeszcze się nie skończyla.... Zniechęcony odłożyłem moje staro-nowe zainteresowania "pikawką" na jakieś 10 lat.

Po długim czasie pustki jakoś samoistnie życie me marne wypełniło inny hobby: przedwojenny Glogau i jego historia. Nie pamiętam "punktu zapłonowego", zresztą czy istnieje coś takiego? Praktycznie z dnia na dzień trafiały do mnie antyczne przedmioty zdobyte za grosze na targowiskach, czy też te wywlekane przez znajomych z opuszczonych domów; książki drukowane w przedwojennym Głogowie, listy z pieczęciami lakowymi, dzwonki rowerowe z wygrawerowaną nazwą miasta czy wreszcie stare, poczciwe butelki, które dziś osiągają ceny nawet do 160 pln za sztukę. Historia wciągała jak bezdenne bagno zmuszając do studiowania oraz wciąż nowych odkryć. Tym razem na pierwszym miejscu były mapy - namierzałem nieistniejące już miejsca: browary, kawiarnie, obozy wojskowe i studnie, a także miejsca potyczek... rozszyfrowaywałem niemieckie nazwy, zbierałem relacje pierwszych osadników na tych ziemiach o zrzutach broni czy zasypanych piwnicach. Razu pewniego namierzałem -już w terenie- poniemiecki grobowiec; chodzilo o rodzinę jakiegoś Barona. Uzbrojony tym razem wyłącznie w aparat fotograficzny dotarłem na miejsce. Oczywiście niemalże od razu spotkałem bardzo tajemniczego, na pierwszy rzut oka, staruszka (jak to się dzieje, że w takich miejscach zawsze jest ktoś, kto ma doskonałą wiedzę i zjawia się dokładnie wtedy, kiedy chce się coś znaleźś?), który zapytany o grobowiec zaczął opowiadać:
- Panie, ja tu od '45 mieszkam i nie pamiętam żadnego grobowca. Może coś było, nie wiem. Po wojnie to tu dużo wyciągali z ziemi, nawet trumny wykopywali na cmentarzu, bo niby złote okucia miały...
- Pan też kopał?
- A gdzie tam
-zaśmiał się- ja nie, ja się bałem... A kiedyś gospodarzowi zapadła się krowa na polu -dość szybko zmienił temat- Wziął kilku chłopa z linami, łopatami i zaczęli odkopywać. Krowa była cała, nawet nic sobie nie połamała. Ale coś odkryła! To skrytka była. Niemiecka pewnie jeszcze, z cegły, strop taki okrągly był. Słoiki z mięsem, jakieś gazety, srebrne swieczniki, sztućce... wino nawet było, później to wypili i jakoś żyją do dziś. Bo tu wioska bogata była przed wojną, nie to co teraz, Panie. Takich polityków , k...wa, mamy -zamilkł, lecz po chwili kontynuował:
- No i mnie ojciec spóścił do tej piwniczki, bo upewnił się, że jest bezpiecznie w środku; oczy mi się do ciemności powoli przyzwyczajały... nagle widzę jak się śmierć na mnie gapi i zęby szczerzy! Krzyczę, k...wa, jak jakiś wariat; wyciągneli mnie od razu, cały zapłakany. Pytają: "Co się tak wydzierasz, co się stało?", a ja aż zaniemówiłem ze strachu. Ojciec wskoczył do dołu i też wrzasnął! Po chiwli uspokoił się. Co było w piwniczce? Trup siedział na skrzynkach! Kościotrup w niemieckim mundurze, ale bez nóg. Obok leżał taki dłuuugi karabin. Wyciągnęli później ostrożnie te skrzynie, broni nie brali, bo to milicja i nieprzyjemności potem; wewnątrz skrzyń były ubrania, mundury i medale. Kilka zegarkow kieszonkowych... pamietam, że złote klapy miały.
- A dawno to było? I co się z tym wszystkim stało, ktoś to zabrał, milicja nie zainteresowała się odkryciem?
- No tak rok 59 może, początek lat '60, o! Nie, no pole było gospodarza, to to co w skrytce też jego. My dostali tylko po srebrnej monecie, jeszcze z wroną była i Adolfem. K...wa, teraz to by było chyba coś warte. Tych medali nikt nie brał, a cała taka kasetka ich była. No i te wina dał chłopom.
- Ma Pan może jeszcze tę monetę? Chciałem tylko zrobić zdjęcie jak można.
- Gdzie tam, niektorzy sprzedali za grosze, bo kto się wtedy tym interesował. Jeździli tacy po wioskach, skupywali poniemieckie rzeczy; do dziś pamiętam, że za ten pieniądz dali mi na 4 gęsi. Inni swoje albo sprzedali, albo przepili. A tę dziurę z kościotrupem zasypali, czasem jakieś cegły po orce na polu wychodzą. Miał jeszcze przy sobie torbe z dokumentami, ten trup, i chyba jakiś list, ale wie Pan jak to dzieciaki. Roznieśli po wiosce, pobawili się i wyrzucili. Starszych to nie intersowalo, zresztą jak się coś niemieckiego na strychu znalazło, to szło od razu do pieca. Jeszcze kilka lat po tym jeden z gospodarzy miał helm tego Niemca, ale sprzedał na złom. Marciniak się nazywa - można go popytać, może co jeszcze ma z tego dolu.


Tak wiec kolejna wyprawa zakończyła się fiaskiem. Po grobowcu ani śladu - prawdopdobnie został rozebrany, zniszczony i zasypany... a może go tam wogóle nie było? Zacząłem jednak poszukiwania w internecie, później w Bibliotece Zamku Głogowskiego, gdyż sprawa z Niemcem była intrygująca i nie dawała mi spokoju, zresztą za dużo krąży takich historii, aby każdej dawać wiarę. Chciałem przynajmniej mieć pewnośc, że było w niej choć ziarno prawdy. Czyłem się niemlaże jak detektyw pracujący nad nowym zleceniem! Po kilku dniach znalazłem! Niech Bóg błogosławi internet! Do marca 1945 r. do wsi Rapocin (niem. Rabsen - znajdującej się w odległości kilku km od Głogowa) zwożono rannych żołnierzy Wehrmachtu. O ile część z nich umierała po drodze lub w prowizorycznych, naprędce zmontowanych barakach z powodu odniesionych ran i nieodpowiedniej opieki medycznej - wielu z nich zdołano ewakuować. Pozostał tylko ten jeden: Michael Wittmann, świeżo po amputacji nóg w wyniku explozji pocisku. Cudem przeżył. Nie chcąc opuszczać ukochanej ziemi pragnął umrzeć tu, skąd pochodzili jego dziadkowie i dziadowie jego dziadów. Nie mam pojęcia jak potoczył sie jego dalszy, aczkolwiek krótki los... trafiłem przypadkiem na zapiski świadka, ktory w latach '40 służył w oddziale ze wspomnianym już żołnierzem. Krótki tekst z niemieckiej kroniki "Schlesien 1939-1946" wymagał tlumaczenia, z czym jednak bardzo sprawnie sobie poradziłem; dowiedziałem się także, iż ów świadek zmarł w Hannoverze w roku 1990, a od jego rodziny niczego więcej nie dowiem się.

Wracając do znaleziska na polu: można snuć domysły, iż prawdopodobnie większość cennych przedmiotów -których nie zdołano zabrać- umieszczono we wspomnianej ceglanej piwniczce. Ukryto tam też wciąż jeszcze żyjącego Wittmann'a. W jakim celu? Czy myślano o powrocie, późniejszym sprowadzeniu pomocy, a może liczył na przeżycie oraz przychylność wrogich armii w zamian za kosztowności? Tak czy inaczej umarł samotnie..... możliwe, że z bólu, może z głodu, a może wykrwawił sie po prostu. Przed śmiercią zdołał jeszcze napisać ostatni w swoim życiu list. Ciekawe o czym myśli się w takiej chwili... Czy adresatem mieli być rodzice, oczekująca go żona, nienarodzone dziecko, które nigdy nie pozna swojego ojca? a może była to informacja kierowana do tych, którzy odkryją jego zwłoki? Tego się już nikt -niestety- nie dowie...

Na tym smutnym i poruszającym wątku zakończe moje historie; historie poszukiwacza - i wrażen, i skarbów. Kto wie, może ciąg dalszy nastąpi?
Yedyny


Większość opisanych sytuacji nigdy nie miała miejsca i stanowią jedynie fantazję autora.







Copyright 2009 @ "FOTOGRAFIKA"     ul. Garncarska 24     67-200 Głogów     Wszelkie prawa zastrzeżone!